Znajdowałem się w szpitalnej sali. Znaczy
się tak sądziłem. Leżałem płasko na macie, uplecionej chyba ze trzciny lub
słomy. Dookoła na podłodze leżały maty, identyczne jak moja. Wszystko było
nieskazitelnie białe, wręcz lśniące, strzelając po oczach tysiącami jasnych
odblasków. Usiadłem powoli. Z niedowierzaniem taksowałem wzrokiem każdy cal
sterylnego pomieszczenia, wciąż zachwycając się, że żyję. Zachwyt ten
konkurował głęboko w zwojach mentalnych mego jestestwa z obawą powodowaną
niemożnością ocenienia, gdzie się aktualnie znajduję.
Miejsce
było dziwne, bo lampy jarzeniowe i wykafelkowana podłoga pomieszczenia
kontrastowały z tym, że na półkach ustawionych wzdłuż ścian stały słoiki i
gliniane, przyciągające wzrok pozorną niedbałością i brakiem symetrii,
pojemniki, wypełnione maściami i kremami różnego rodzaju z pewnością nie
wpisującymi się w kanon dzisiejszych cudów medycyny. Dodatkowo z sufitu
zwieszały się różne suszone liście, pomiędzy którymi rozpoznałem takie rośliny
jak babkę, pokrzywę i rumianek, tuż obok worków lnianych wypełnionych
proszkami.
Dostrzegłem,
iż pod plecionym ręcznie pledem jestem nagi, więc z irracjonalnym wstydem, ze
względu na to, że w sali byłem sam, rozejrzałem się za czymś, czym mógłbym okryć swoje niezbyt atletyczne
ciało. Po chwili spostrzegłem cos na kształt sukni o lniano – brązowych
odcieniach rozłożonej na ziemi, spodni o podobnej fakturze, do wtóru z
plecionym sznurem, wyglądającym, jak zrobiony z naturalnej wełny owczej. A tuż
obok nich leżał rzemyk, związujący mały woreczek z białym proszkiem, oraz z
dziwnym trójkątnym zębem przewleczonym tuż obok. Sznurek był na tyle długi, że
mógłbym go zawiązać na szyi. Przyciągnąłem suknio podobny strój w moim
kierunku, kiedy z jego wnętrza wypadła zapisana dziwnie wyglądającym pismem,
przysparzającym mi trudności w odczytaniu treści, którą przekazuje.
A
treść wiadomości brzmiała następująco: „ To wszystko jest twoje. Ubierz się i
wyjdź z sali.” No, więc zrobiłem, co wymienione powyżej. Czułem się nieco
dziwnie, chodząc w lnianym szlafroku i workopodobnych spodniach. Odczuwałem
pewien dyskomfort, wręcz zażenowanie, spowodowane stykaniem się nieprzyjemnego
wnętrza ubrań, z miejscami, których nazwy i umiejscowienie przemilczę.
Dodatkowo giezło – bo tak właśnie nazywała się część ubioru, która mnie
okrywała – wisiało na mnie jak szmaty na strachu na wróble, czy też, jakby
zdjęte ze starszego brata co najmniej.
Sięgnąłem po rzemyk z zawiązanym
zębem i workiem i wtedy nagle wspomnienia uderzyły mnie ze zdwojoną siłą. Ten
ząb, o rekinim kształcie, ząbkowany nieco na brzegach... To był ząb strzygi!
Już biegiem dopadłem drzwi, omalże nie uszkadzając mego wątłego ciała poprzez
zmniejszoną przyczepność na podłodze. Ślizgałem się jak w letnich oponach na
lodzie.
Wypadłem z trzaskiem przez drzwi.
Rozejrzałem się po korytarzu, prowadzącym jakby w nieprzeniknioną dal w obie
strony. Było ciemno, a jedyne światło dawała łuna ze szpitalnej sali, w której
byłem. Ile tu już jestem? Parę godzin? Parę dni? Tygodnie? Wtedy zobaczyłem jakąś
postać. Oparta nonszalancko o ścianę jakiś metr ode mnie i patrząca na
przeciwległą ścianę.
Miała
na sobie nieskazitelnie białe giezło, wyglądające jeszcze bardziej jak suknia
niż to, co miałem na sobie. Z kolorem odzienia kontrastowały jej czarne włosy.
Miała skórę w kolorze pergaminu i oczy w kolorze... Ametystu. Jakby nie było to
dość dziwne, na głowie miała gogle lotnicze. Była o głowę niższa ode mnie,
chuda i wyglądała na trzynaście lat.
-
Eeeee... Cześć – powiedziałem, mimo iż wydawało mi się to w tym momencie niemal
tak głupie, jak to, że jak byłem mały zjadłem kostkę czyszczącą do zmywarki.
Dziewczyna nagłym ruchem oderwała się od ściany i zamrugała intensywnie.
-
O, widzę, że powróciłeś z Nawii! – Powiedziała wesołym głosem – Przepraszam, spałam.
-
Spałaś? Przecież miałaś otwarte oczy! – Zdziwiłem się
-
Potrafię spać z otwartymi oczami. Najczęściej właśnie
na warcie.
Przez chwilę lustrowała mnie
wzrokiem. Potem wyciągnęła do mnie dłoń.
-
Karolina jestem. Mów mi Kali. Za duże to giezło, co? Chodź za mną. – I ruszyła
w głąb korytarza. Poruszała się dość dziwnie, jakby za każdym krokiem musiała
powstrzymywać się od wyskoczenia wysoko w powietrze. Jak urzeczony obserwowałem
jej stopy.
-
Jak długo tu jestem? – Zapytałem po chwili
-
Prawie trzy tygodnie, od kiedy znaleźliśmy cię na
skraju śmierci przed naszą
siedzibą.
-
Naszą? Czyli kogo? I co są te Nawie?
-
Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
Szliśmy długo ciemnym korytarzem, a
ja zastanawiałem się gdzie jestem, czy też, dokąd trafiłem. Po jakimś czasie
prowadząca mnie dziewczyna zatrzymała się przy pozornie normalnym kawałku
ściany.
-
Dalej musisz iść sam. – Powiedziała – moje siostry mnie
nienawidzą
-
A... Zaraz, co? Gdzie? I jakie siostry?
Nie odpowiedziała, zamiast tego
popychając mnie na ścianę. Przygotowałem się mentalnie na zderzenie z twardą powierzchnią.
Ale zderzenie nie nastąpiło. Przeleciałem przez beton, jakby była to płachta
materiału. Okazało się, że była. Z drugiej strony wyglądała jak lniana płachta.
Padłem,
dość niehonorowo na tylną część ciała, dokładnie pomiędzy pięć dziewczyn.
Pokój był średnich rozmiarów, ale ponieważ zawalony był wszelkimi rodzajami
materiałów, nici, igieł – o dziwo kościanych, wełen, grzebieni i tych
wszystkich innych fikuśnych narządów rzekomo niezbędnych do szycia, jedyną
wolną przestrzenią była mata, na której właśnie leżałem, otoczony tymi
dziewczynami.
Wszystkie
miały białą skórę. Dwie z nich miały żółte oczy, jedna pomarańczowe, a
pozostałe – szare. Włosy też miały w różnych kolorach. Jedna z żółtookich miała
płowe, a druga, do wtóru z tą o pomarańczowych oczach złote. Trzy inne miały
włosy czarne. Ich twarze miały tak dziwne rysy, iż nie dało się określić ich
wieku. Raz wydawało się, że mają po trzynaście lat, zaraz, że cztery, a już
chwilę potem, że czterdzieści. I wszystkie jak jeden wpatrywały się w moją
twarz.
-
Kim... Kim jesteście? – Zapytałem
-
Jesteśmy Konopielki. – Odpowiedziały zgodnym chórem.
-
A... To dużo mówi – mruknąłem do siebie. Przez ich
twarze przebiegł jakby wyraz
Rozbawienia
-
Jesteśmy opiekunkami lnu i konopi. To my nauczyliśmy ludzi szyć. A dziś szyjemy
dla Chmurników
-
Aha... Zaraz, wszystkich ludzi? To ile wy macie lat? I kim są ci Chmurnicy? –
Znów ten wyraz rozbawienia, jakby mówiły do małego dziecka. Wkurzające się to
zaczęło robić.
-
Mamy więcej lat, niż mógłbyś podejrzewać. A reszty dowiesz się, kiedy nadejdzie
czas. A teraz pozwól, że zrobimy to, co do nas należy.
-
Eeeee... Czyli?
Ale nie odpowiedziały. Podniosły
mnie, zdjęły mi giezło i zaczęły mierzyć, ciąć, szyć, doszywać, splatać,
podpinać i robić jeszcze tysiące zupełnie bezsensownych dla mnie czynności.
Przy tym jakby nie ruszały się z miejsca. Po chwili zostałem uprzejmie
wypchnięty za drzwi i pożegnany chóralnym „żegnaj”. Stałem nieco zszokowany
naprzeciw Karoliny skąpanej w promieniach świtu, ubrany inaczej, wygodniej i
ładniej niż przedtem. Ponieważ słońce już wzeszło, stwierdziłem, że musiałem
tam być o wiele dłużej, niż myślałem
Miałem
na sobie jasnozielone giezło, obszyte ozdobną kolorową krajką. Moje nogi
okrywały białe szarawary, a na stopach miałem szare onuce. W rękach dzierżyłem
jeszcze cztery takie zestawy (w tym jeden uszyty z materiału o podwójnej
grubości), oraz ciemnobrązową tunikę, płaszcz w tymże kolorze i beżowy kaptur.
-
I jak? – Zapytałem Karoliny – Wyglądam jeszcze na chociażby trochę normalnego?
Ona zaniosła się perlistym
śmiechem.
-
Nie – odpowiedziała – wyglądasz jak starsza pani w
szlafroku.
-
Dobra, teraz mam do ciebie parę pytań. Pierwsze, to
naprawdę są twoje siostry?
-
Konopielki? Tak! Chociaż rok temu odłączyłam się od
nich, porzucając igłę i nić,
Aby zwalczać zło tego świata w
szeregach Chmurników. Dlatego mnie nienawidzą.
-
To ile ty masz lat?
-
Ponad trzy tysiące – odpowiedziała, jakby to była
najnormalniejsza rzecz pod
słońcem.
-
Coooo? Jak to? Najpierw atakuje mnie jakaś straszna potwora, która nie powinna wydostawać się poza podręcznik,
trafiam... W miejsce w którym każą ubierać mi się jak na rekonstrukcji
średniowiecznej, nic nie wiem, a teraz okazuje się, że trzynastolatka ma ponad
trzy tysiące lat?
-
No. – Powiedziała tym samym tonem, co wcześniej –
przyzwyczaj się.
I ruszyła dalej korytarzem. Przez
chwilę patrzyłem na nią zdębiały. Nic nie rozumiałem. Przecież muszę się czegoś
dowiedzieć! Dogoniłem Kali w paru skokach i złapałem ją za ramię.
-
Hej! Wyjaśnisz mi w końcu, co to są ci Chmurnicy, gdzie jestem i co tu tak w
ogóle robię?!
-
To wszystko usłyszysz za tymi drzwiami. – Powiedziała, wskazując na stalowe
drzwi, których wcześniej nie zauważyłem.
-
I tam... Wszystko mi wyjaśnicie? – Zapytałem spoglądając na nią z
powątpiewaniem
-
Wszystko, co tylko będziesz chciał – Przez chwilę jeszcze wahałem się, wciąż
trzymając ręce na ramionach Konopielki.
-
Dobrze – westchnąłem. Ona tylko pokiwała głowa i
otworzyła drzwi, ukazujący
Salę o niespodziewanie dużych
rozmiarach. Jej wnętrze pokrótce opisać można jako połączenie starosłowiańskiej
chaty z nowoczesnymi komputerami, panelami dotykowymi i meblami z markowego
salonu. Na drugim jej końcu, za dziwnie rzeźbionym stołem, na krześle
obrośniętym krzewem czarnego bzu siedział pewien człowiek, którego jeszcze nie
widziałem dość wyraźnie, aby go opisać.
-
Przed tobą najwyższy lektor Ósmego Pododdziału Sektora
Pierwszego Akademii
Chmur, Wojmir trzydziesty czwarty,
zabójca trzech wilkołaków.
Czując
nieokreślony respekt przed tym tytułem wkroczyłem do wnętrza.
Dobra, dobra, poczekaj chwilę. Muszę ochłonąć.
OdpowiedzUsuń*dziesięć minut później*
Okay, mogę zaczynać.
Więc pierwsze co powiem to: wow *-*
Naprawdę. Piszesz genialnie i bardzo mi się podoba ten właśnie styl pisania. Opisy są, uczucia są no i co najważniejsze - byłam ja ^^ Jeżeli jestem ja, to rozdział możemy uznać za w 100% udany XD Najgorsze jest teraz tylko to, że na następny rozdział będę musiała cały tydzień czekać ;_; Ale chyba jakoś wytrzymam (mam nadzieję).
Pozdrawia i życzy weny, twoja
~Kali
Dzięx. Spoko, już w pon leksykon a w śr mit. Nie będzie tak źle. I jeszcze raz wielkie dzięki :)
OdpowiedzUsuńI chyba tylko to będzie cię podtrzymywało jeszcze przy życiu XD
Usuńpowiem ci iz to jest ciekawe aczykolwiek mi bardziej podobal sie taki luzny styl ktorym pisales mit, bo to to troche trudno sie czyta
OdpowiedzUsuńZróżnicowanie stylów musi być. I to nie może być niepoważne. Ale mity będą
Usuńtwoj blog, twoja opinia i twoj styl, ja zas zapraszam do siebie http://avengersmojswiat.blogspot.com/?m=1
OdpowiedzUsuń(tak, to jest spam)
Nice, nice... Wciągające. Co do stylu, to czuje się różnice między opisem, informacją w mitach, a tą właśnie opowieścią. To dobrze, wydaje mi się, że pisanie wszystkiego tak samo, mogłoby być zwyczajnie nudne. Zobaczymy co będzie dalej.
OdpowiedzUsuńPowodzenia!