sobota, 30 maja 2015

Rozdział 2


Znajdowałem się w szpitalnej sali. Znaczy się tak sądziłem. Leżałem płasko na macie, uplecionej chyba ze trzciny lub słomy. Dookoła na podłodze leżały maty, identyczne jak moja. Wszystko było nieskazitelnie białe, wręcz lśniące, strzelając po oczach tysiącami jasnych odblasków. Usiadłem powoli. Z niedowierzaniem taksowałem wzrokiem każdy cal sterylnego pomieszczenia, wciąż zachwycając się, że żyję. Zachwyt ten konkurował głęboko w zwojach mentalnych mego jestestwa z obawą powodowaną niemożnością ocenienia, gdzie się aktualnie znajduję.
            Miejsce było dziwne, bo lampy jarzeniowe i wykafelkowana podłoga pomieszczenia kontrastowały z tym, że na półkach ustawionych wzdłuż ścian stały słoiki i gliniane, przyciągające wzrok pozorną niedbałością i brakiem symetrii, pojemniki, wypełnione maściami i kremami różnego rodzaju z pewnością nie wpisującymi się w kanon dzisiejszych cudów medycyny. Dodatkowo z sufitu zwieszały się różne suszone liście, pomiędzy którymi rozpoznałem takie rośliny jak babkę, pokrzywę i rumianek, tuż obok worków lnianych wypełnionych proszkami.
            Dostrzegłem, iż pod plecionym ręcznie pledem jestem nagi, więc z irracjonalnym wstydem, ze względu na to, że w sali byłem sam, rozejrzałem się za czymś, czym mógłbym okryć swoje niezbyt atletyczne ciało. Po chwili spostrzegłem cos na kształt sukni o lniano – brązowych odcieniach rozłożonej na ziemi, spodni o podobnej fakturze, do wtóru z plecionym sznurem, wyglądającym, jak zrobiony z naturalnej wełny owczej. A tuż obok nich leżał rzemyk, związujący mały woreczek z białym proszkiem, oraz z dziwnym trójkątnym zębem przewleczonym tuż obok. Sznurek był na tyle długi, że mógłbym go zawiązać na szyi. Przyciągnąłem suknio podobny strój w moim kierunku, kiedy z jego wnętrza wypadła zapisana dziwnie wyglądającym pismem, przysparzającym mi trudności w odczytaniu treści, którą przekazuje.

            A treść wiadomości brzmiała następująco: „ To wszystko jest twoje. Ubierz się i wyjdź z sali.” No, więc zrobiłem, co wymienione powyżej. Czułem się nieco dziwnie, chodząc w lnianym szlafroku i workopodobnych spodniach. Odczuwałem pewien dyskomfort, wręcz zażenowanie, spowodowane stykaniem się nieprzyjemnego wnętrza ubrań, z miejscami, których nazwy i umiejscowienie przemilczę. Dodatkowo giezło – bo tak właśnie nazywała się część ubioru, która mnie okrywała – wisiało na mnie jak szmaty na strachu na wróble, czy też, jakby zdjęte ze starszego brata co najmniej.
Sięgnąłem po rzemyk z zawiązanym zębem i workiem i wtedy nagle wspomnienia uderzyły mnie ze zdwojoną siłą. Ten ząb, o rekinim kształcie, ząbkowany nieco na brzegach... To był ząb strzygi! Już biegiem dopadłem drzwi, omalże nie uszkadzając mego wątłego ciała poprzez zmniejszoną przyczepność na podłodze. Ślizgałem się jak w letnich oponach na lodzie.
             Wypadłem z trzaskiem przez drzwi. Rozejrzałem się po korytarzu, prowadzącym jakby w nieprzeniknioną dal w obie strony. Było ciemno, a jedyne światło dawała łuna ze szpitalnej sali, w której byłem. Ile tu już jestem? Parę godzin? Parę dni? Tygodnie? Wtedy zobaczyłem jakąś postać. Oparta nonszalancko o ścianę jakiś metr ode mnie i patrząca na przeciwległą ścianę.

            Miała na sobie nieskazitelnie białe giezło, wyglądające jeszcze bardziej jak suknia niż to, co miałem na sobie. Z kolorem odzienia kontrastowały jej czarne włosy. Miała skórę w kolorze pergaminu i oczy w kolorze... Ametystu. Jakby nie było to dość dziwne, na głowie miała gogle lotnicze. Była o głowę niższa ode mnie, chuda i wyglądała na trzynaście lat.
            - Eeeee... Cześć – powiedziałem, mimo iż wydawało mi się to w tym momencie niemal tak głupie, jak to, że jak byłem mały zjadłem kostkę czyszczącą do zmywarki. Dziewczyna nagłym ruchem oderwała się od ściany i zamrugała intensywnie.
            - O, widzę, że powróciłeś z Nawii! – Powiedziała wesołym głosem – Przepraszam, spałam.
-       Spałaś? Przecież miałaś otwarte oczy! – Zdziwiłem się
-       Potrafię spać z otwartymi oczami. Najczęściej właśnie na warcie.
Przez chwilę lustrowała mnie wzrokiem. Potem wyciągnęła do mnie dłoń.
            - Karolina jestem. Mów mi Kali. Za duże to giezło, co? Chodź za mną. – I ruszyła w głąb korytarza. Poruszała się dość dziwnie, jakby za każdym krokiem musiała powstrzymywać się od wyskoczenia wysoko w powietrze. Jak urzeczony obserwowałem jej stopy.
-       Jak długo tu jestem? – Zapytałem po chwili
-       Prawie trzy tygodnie, od kiedy znaleźliśmy cię na skraju śmierci przed naszą
siedzibą.
-       Naszą? Czyli kogo? I co są te Nawie?
-       Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. 
Szliśmy długo ciemnym korytarzem, a ja zastanawiałem się gdzie jestem, czy też, dokąd trafiłem. Po jakimś czasie prowadząca mnie dziewczyna zatrzymała się przy pozornie normalnym kawałku ściany.
-       Dalej musisz iść sam. – Powiedziała – moje siostry mnie nienawidzą
-       A... Zaraz, co? Gdzie? I jakie siostry?
Nie odpowiedziała, zamiast tego popychając mnie na ścianę. Przygotowałem się mentalnie na zderzenie z twardą powierzchnią. Ale zderzenie nie nastąpiło. Przeleciałem przez beton, jakby była to płachta materiału. Okazało się, że była. Z drugiej strony wyglądała jak lniana płachta.
            Padłem, dość niehonorowo na tylną część ciała, dokładnie pomiędzy pięć dziewczyn. Pokój był średnich rozmiarów, ale ponieważ zawalony był wszelkimi rodzajami materiałów, nici, igieł – o dziwo kościanych, wełen, grzebieni i tych wszystkich innych fikuśnych narządów rzekomo niezbędnych do szycia, jedyną wolną przestrzenią była mata, na której właśnie leżałem, otoczony tymi dziewczynami.
            Wszystkie miały białą skórę. Dwie z nich miały żółte oczy, jedna pomarańczowe, a pozostałe – szare. Włosy też miały w różnych kolorach. Jedna z żółtookich miała płowe, a druga, do wtóru z tą o pomarańczowych oczach złote. Trzy inne miały włosy czarne. Ich twarze miały tak dziwne rysy, iż nie dało się określić ich wieku. Raz wydawało się, że mają po trzynaście lat, zaraz, że cztery, a już chwilę potem, że czterdzieści. I wszystkie jak jeden wpatrywały się w moją twarz.
-       Kim... Kim jesteście? – Zapytałem
-       Jesteśmy Konopielki. – Odpowiedziały zgodnym chórem.
-       A... To dużo mówi – mruknąłem do siebie. Przez ich twarze przebiegł jakby wyraz
Rozbawienia
            - Jesteśmy opiekunkami lnu i konopi. To my nauczyliśmy ludzi szyć. A dziś szyjemy dla Chmurników
            - Aha... Zaraz, wszystkich ludzi? To ile wy macie lat? I kim są ci Chmurnicy? – Znów ten wyraz rozbawienia, jakby mówiły do małego dziecka. Wkurzające się to zaczęło robić.

            - Mamy więcej lat, niż mógłbyś podejrzewać. A reszty dowiesz się, kiedy nadejdzie czas. A teraz pozwól, że zrobimy to, co do nas należy.
-       Eeeee... Czyli?
Ale nie odpowiedziały. Podniosły mnie, zdjęły mi giezło i zaczęły mierzyć, ciąć, szyć, doszywać, splatać, podpinać i robić jeszcze tysiące zupełnie bezsensownych dla mnie czynności. Przy tym jakby nie ruszały się z miejsca. Po chwili zostałem uprzejmie wypchnięty za drzwi i pożegnany chóralnym „żegnaj”. Stałem nieco zszokowany naprzeciw Karoliny skąpanej w promieniach świtu, ubrany inaczej, wygodniej i ładniej niż przedtem. Ponieważ słońce już wzeszło, stwierdziłem, że musiałem tam być o wiele dłużej, niż myślałem
            Miałem na sobie jasnozielone giezło, obszyte ozdobną kolorową krajką. Moje nogi okrywały białe szarawary, a na stopach miałem szare onuce. W rękach dzierżyłem jeszcze cztery takie zestawy (w tym jeden uszyty z materiału o podwójnej grubości), oraz ciemnobrązową tunikę, płaszcz w tymże kolorze i beżowy kaptur.
            - I jak? – Zapytałem Karoliny – Wyglądam jeszcze na chociażby trochę normalnego?
Ona zaniosła się perlistym śmiechem.
-       Nie – odpowiedziała – wyglądasz jak starsza pani w szlafroku.
-       Dobra, teraz mam do ciebie parę pytań. Pierwsze, to naprawdę są twoje siostry?
-       Konopielki? Tak! Chociaż rok temu odłączyłam się od nich, porzucając igłę i nić,
Aby zwalczać zło tego świata w szeregach Chmurników. Dlatego mnie nienawidzą.
-       To ile ty masz lat?
-       Ponad trzy tysiące – odpowiedziała, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod
słońcem.
            - Coooo? Jak to? Najpierw atakuje mnie jakaś straszna potwora, która nie powinna wydostawać się poza podręcznik, trafiam... W miejsce w którym każą ubierać mi się jak na rekonstrukcji średniowiecznej, nic nie wiem, a teraz okazuje się, że trzynastolatka ma ponad trzy tysiące lat?
-       No. – Powiedziała tym samym tonem, co wcześniej – przyzwyczaj się.
I ruszyła dalej korytarzem. Przez chwilę patrzyłem na nią zdębiały. Nic nie rozumiałem. Przecież muszę się czegoś dowiedzieć! Dogoniłem Kali w paru skokach i złapałem ją za ramię.
            - Hej! Wyjaśnisz mi w końcu, co to są ci Chmurnicy, gdzie jestem i co tu tak w ogóle robię?!
            - To wszystko usłyszysz za tymi drzwiami. – Powiedziała, wskazując na stalowe drzwi, których wcześniej nie zauważyłem.
            - I tam... Wszystko mi wyjaśnicie? – Zapytałem spoglądając na nią z powątpiewaniem
            - Wszystko, co tylko będziesz chciał – Przez chwilę jeszcze wahałem się, wciąż trzymając ręce na ramionach Konopielki.
-       Dobrze – westchnąłem. Ona tylko pokiwała głowa i otworzyła drzwi, ukazujący
Salę o niespodziewanie dużych rozmiarach. Jej wnętrze pokrótce opisać można jako połączenie starosłowiańskiej chaty z nowoczesnymi komputerami, panelami dotykowymi i meblami z markowego salonu. Na drugim jej końcu, za dziwnie rzeźbionym stołem, na krześle obrośniętym krzewem czarnego bzu siedział pewien człowiek, którego jeszcze nie widziałem dość wyraźnie, aby go opisać.
-       Przed tobą najwyższy lektor Ósmego Pododdziału Sektora Pierwszego Akademii
Chmur, Wojmir trzydziesty czwarty, zabójca trzech wilkołaków.
            Czując nieokreślony respekt przed tym tytułem wkroczyłem do wnętrza.