Wszystko zaczęło się, kiedy pewna staruszka w zamian za pomoc usiłowała mnie zabić...
Tak, jak co dzień wracałem ze szkoły do domu. Było późne popołudnie, przechodziłem akurat koło starego stadionu na chwiałce. Chwilę wcześniej, na przystanku autobusowym przy Szosie Dębińskiej rozstałem się z moim najlepszym kumplem, Krzyśkiem Muszyńskim, zwanym potocznie Muchą.
Mucha jest osobnikiem postury sportowej, rzekłbyś atletycznej. Wyrzeźbione jego ciało, jakże mocno kontrastujące z moją chuderlawą osobą, urobione jest poprzez uczęszczanie do wszystkich okolicznych KKS-ów, na AWF i siłownię trzy razy w tygodniu. Mucha jest mim osobistym ochroniarzem i wiernym druhem.
Ach, jakże gorzko żałowałem, że nie ma go przy mnie, kiedy pomogłem tej z pozoru poczciwej staruszce zbierać rozsypane zakupy! Kiedy kierowałem się w stronę starego miasta, przechodziłem obok starego, nieczynnego już i uzurpowanego przez bezdomnych i wandali stadionu.
Wyglądała na normalną starszą kobietę. Siwe, rzekłbyś białe włosy, wychudła, jakby zanadto dotknięta zębem czasu twarz naznaczona mocno kontrastującymi czerwienią ustami. Oczy miała w kolorze niesamowitym, niespotykanym raczej, znaczy to w ciepłej gamie koloru pomarańczowego. Ubranie, a raczej szczelna kotara, wisiały na niej jak szmaty na strachu na wróble, przygniatając ja do wtóru toreb z zakupami do ziemi. Cała sprawiała wrażenie niewyspanej zombie.
Kiedy owa osoba mijała mnie, drażniąc moje delikatne receptory zapachowe ostrym zapachem naftaliny i starych perfum, wytrącając mnie tym samym z letargu spowodowanego kojącymi dźwiękami muzyki dochodzącymi z słuchawek, niefortunnie ramię plastikowej torby nie wytrzymało naporu zakupów i pękło z trzaskiem. Jak łatwo się domyśleć, wiktuały rozsypały się po żwirowanej nawierzchni. Puszki z grzechotem odtaczały się coraz dalej, do wtóru brzdąkania butelek i dźwięku upadających spłachci mięsa.
Rzuciłem się z pomocą. Pozbierałem puszki i butelki, i wszystko inne, co odleciało, czy tez odtoczyło się nieco dalej. Odwróciłem się, aby ruszyć w stronę staruszki niosąc, a raczej utrzymując jej zakupy. Ale staruszki nie było.
Zdziwiony podszedłem tam, gdzie kobieta się potknęła. Jej strój, znaczy, ubranie leżało na ziemi. Rozejrzałem się zaniepokojony dookoła. Zapadał już zmrok, słońce schowało się za horyzont oświetlając aglomerację Poznańską ledwie słaba łuną. Wciąż czujnie rozglądając się dookoła odłożyłem mój, można powiedzieć, towar na ziemię i wyjąłem słuchawki z uszu.
Wtedy moja uwagę przyciągnął jakiś dźwięk. Brzmiało to tak, jakby za moimi plecami ktoś wyszedł z krzaków. Obejrzałem się przez ramię i jakieś cztery metry ode mnie ujrzałem kobietę. Struchlałem.
Z twarzy nieco przypominała staruszkę, której widziałem przed chwilą, z paroma, sarkastycznie mówiąc, subtelnymi różnicami. Wyglądała na starszą o jakieś sto lat, przy czym jej czerwone oczy i usta wyglądały wyjątkowo strasznie. Posturę miała tylko o zarysie humanoidalnym, skóra wyglądała jakby była cała poparzona, w miejscach stawów znajdowały się błoniaste ścięgna. Nie miała - a właściwie chyba nie mało – na sobie ubrania, więc było widać gnijące wrzody na tułowiu rękach i nogach.
Ze strachu nie potrafiłem poruszyć żadną częścią ciała. Okropny potwór wyciągnął szyję i zaskrzeczał przeraźliwie. Odchylone usta ukazały trzy rzędy trójkątno kształtnego, rekiniego, można by rzec uzębienia. Zamiast języka widoczne było lejowaty, powiedzmy, sznurek o czerwono cielistej barwie. Struchlałem jeszcze bardziej.
Poczwara z zawrotną, rzekłbym niespodziewaną, prędkością ruszył długimi, godnymi Grzegorza Marciniszyna, skokami. W panice osiągnąłem prędkość, której zapewne pozazdrościłby mi nawet szanowny kolega Mucha. Zawróciłem z stronę stadionu czując, metaforycznie mówiąc, oddech poczwary na karku.
Niestety w tym momencie wywinąłem popisowego orła na jednej z nie zebranych przeze mnie puszek. Wyłożyłem się na ziemi jak długi, aż mi w uszach zadzwoniło.
Na moje szczęście – a może nieszczęście – krwiożercza bestia przeskoczyła nade mną. Wyhamowała swój pęd ryjąc żwir na głębokość czterech centymetrów. Zdesperowany, czołgając się w tył na plecach rzuciłem jej w twarz ciężką puszką. Dostała prosto w nos. Na jej twarzy pojawiło się głębokie rozdarcie, ale zamiast krwi wypłynęła szybko krzepnąca, gęsta jak smoła substancja.
Zdębiałem na chwilę. Wtedy potwór, niczym szesnastotonowa ciężarówka, zaszarżował w moją stronę z rozdzierającym krzykiem, przeszywającym niczym syreny radiowozów. Zdążyłem już wstać, więc z przerażeniem cisnąłem jeszcze parę puszek, soków i drewniany chodak. Powstrzymało to stwora minimalnie.
Niespodziewanie pokraka zatrzymała się jakiś metr ode mnie. Otworzył szeroko usta i... Strzelił w moim kierunku długim, cielistym językiem, rozszerzającym się na końcu w szeroki lej, pośrodku którego, niczym serce dzwonu, wyrastał wystający nad resztę kościany szpikulec. Jęzor trafił mnie prosto w szyję. Ogarnięty paniką poczułem, jak kolec przebija mi tętnicę z lewej strony karku. Moja krew popłynęła w mocnym strumieniem po szyi. Wtedy ranę, niczym szczelna pokrywka podciśnieniowa, otoczyła rozszerzona końcówka długiego jęzora.
Zwiotczałem. Z każdą kolejną sekunda czułem, jak uchodzi ze mnie życie. Wtedy zrozumiałem, co mnie zaatakowało. Strzyga. Tylko, czemu potwór z śmiesznej słowiańskiej mitologii właśnie spijała mi krew? Nie mogłem tego pojąć. Wtedy w moim umyśle zaczęła narastać determinacja. Muszę spróbować się uwolnić, a raczej, odessać. Mimo iż czarne plamki zaczęły już tańczyć mi przed oczami, spróbowałem chwycić ręką okropny ozór potwory, co okazało się nie lada wyzwaniem, gdyż ręce miałem jak z ołowiu. Czułem się, jakby mój przegub zamiast przez powietrze otoczony był gęstą smołą. Z każdą chwilą widziałem coraz mniej. Nie dam rady – pomyślałem, kiedy ręka opadła mi bezwładnie wzdłuż boku. Musiałem coś zrobić, żeby oderwać to od siebie! Wtedy, nagle kolana się pode mną ugięły i runąłem na ziemię, jak szmaciana marionetka, której ktoś podciął sznurki. Wtedy wydarzyło się parę niesamowitych rzeczy.
Kiedy straciłem władzę w nogach i upadłem, śmiertelny język strzygi oderwał się od mojej szyi. Z tętnicy trysnęła krew. Resztką świadomości receptujac ze zdziwieniem, że żyję z jękiem odturlałem się w bok. Jakimś cudem w tamtym miejscu znajdowała się góra śmieci. Jak zza czarnej mgły zobaczyłem deskę wystającą tuż obok mnie. Chciałem oprzeć się na niej i spróbować się podnieść, ale w tym momencie strzyga dopadła do mnie i zaczęła dusić. Poczułem, że opadam się w nicość. Moje ciało zupełnie się rozluźniło. Potwór, uznając, że umarłem, puścił mnie. Na swoją zgubę. Jako że niemal już straciłem przytomność – a może i życie – bezwładnie runąłem na deskę. Ta wystrzeliła w górę i – uwięziona jednym końcem pod moim tułowiem – zakreśliła wspaniały łuk i trafiła strzygę prosto w czoło. Koniec klepki, który uderzył w jej szkaradny łeb, nabity był gwoździami. ‘Udało mi się’ – pomyślałem, widząc, jak poczwara upada na ziemię. A potem straciłem przytomność.
Tak, chce żeby moja postać została użyta :D
OdpowiedzUsuńTak, wyrażam oficjalną zgodę by moja postać była użyta :)
OdpowiedzUsuńTak, wyrażam oficjalną zgodę by moja postać była użyta :)
OdpowiedzUsuńDziełnki Kuba Demigod i Kalipso Wheatly. Jeszcze, Kalipso, proszę wymyśl sobie bardziej polskie imię.
OdpowiedzUsuńW opowieści kalipso bedzie twoją ksywką. Tak wgłębiać będziesz jedną z Konopielek. Dowiesz sie co to
UsuńWłaśnie też chciałam to zmienić :) Może imię niech będzie Karolina (wtedy by była ksywka Kali :) ) , a nazwisko Wysocka. Takie mogą być?
Usuńchce prosze przed chwila dodalam
OdpowiedzUsuńOk, spoko. Na razie jest was trzech, najprawdopodobniej będziecie pierwszoplanowi
OdpowiedzUsuńDziękuje ;)
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuńdzieki i drobne poprawki mam ok. 14-15 lat i nwm hobby to sztuki walki, bron, gimnastyka, ale nie wzgardze dobra ksiazka
UsuńO ja, ale jazda!
OdpowiedzUsuńTeż się zgadzam,
OdpowiedzUsuń